READYfilm.heyo.pl

klątwa . gerald #2 . ziarnko nadziei . wiechu

READY

KLĄTWA

W pokoju było ciemno i tylko blask bijący z monitora przytłumiony pochyloną sylwetką programisty dawał nikłe pojęcie o rozmiarach i kształcie pomieszczenia. Było też przeraźliwie głucho. Słychać było jedynie szum wentylatora i chwilowe rzężenia twardego dysku z wnętrza komputera. Programista wiedział, że praca w takich warunkach nie służy jego zdrowiu, ale na przekór zdrowemu rozsądkowi trwał przygarbiony nad klawiaturą. Na zegarku widniała godzina druga w nocy, a on nie miał nadrobionej nawet połowy zaległej pracy. Firma, w której pracował, nie mogła pozwolić sobie na lekceważenie klientów. Wprawdzie nie bał się szefa, ale chciał udowodnić mu, że stać go na wysiłek nadrobienia zaległości największym nawet kosztem. Dlatego został po godzinach, ale teraz tego żałował. Komputer (nie najlepszy zresztą) od północy usilnie odmawiał współpracy i każdą poprawkę w algorytmie komentował w ten sam sposób: syntax error. Programista dostawał już szału. Każde uruchomienie programu poprzedzone było nadzieją, która po kilku lub kilkunastu sekundach zamieniała się w bezsilną rozpacz. Coraz bardziej wtopiony w ekran wzrok programisty pośpiesznie wertował za każdym razem kod szukając coraz to nowych miejsc na poprawki. Coraz natarczywsza stawała się myśl o rzuceniu tego wszystkiego w diabły, ale programista nie należał do tych ludzi, którzy poddają się swoim słabościom. "Wytrzymam, wytrzymam..." - mamrotał w duchu nawet nie starając się przerwać potoku chaotycznych myśli. Nie zasypiał, nawet nie wpadał w trans, bo cały czas był świadomy swoich postępowań i upływu czasu, ale było w nim coś, co nastawiało go do pracy negatywnie. Migający kursor denerwował go coraz bardziej, a palce miały ochotę powyrywać z klawiatury wszystkie klawisze, jeden po drugim. Dziwiła go ta nieco sadystyczna myśl, ale uważał ją za wstęp do majaków sennych. Po raz setny chyba uruchomił program z taką samą jak zwykle nadzieją, która tym razem nie rozwiała się tak szybko. Przeciwnie, z każdą sekundą pracy komputera rosła ona i zaczynała już graniczyć z euforią, gdy na ekranie pojawił się lakoniczny napis: stack overflow. Programista zerwał się z krzesła. Miał dość. Przez chwilę jeszcze wpatrywał się w mrugającą kreskę kursora, jakby czekając na jakieś wytłumaczenie ze strony maszyny. Wreszcie otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Już wiedział, co powinien zrobić.

* * *

- Co tam?
- Samobójstwo, panie poruczniku. Młody, zdolny programista. Został wczoraj dłużej w pracy i powiesił się w toalecie.
- Są jacyś świadkowie?
- Nie.
- Więc skąd wiadomo, że nikt mu nie pomógł?
- Budynek ma domofon i można go otworzyć tylko od wewnątrz. Tylko odźwierny i właściciel firmy mają klucze i szyfr do otwierania od zewnątrz. Obaj mają alibi.
- Są inne sposoby, żeby dostać się do środka.
- Nie ma śladów włamania.
- Oj, naiwny, naiwny... - westchnął porucznik i pochylił się nad zwłokami. - Powiesił się na pasku od spodni? - zagaił do lekarza badającego ciało.
- Tak, aczkolwiek trochę nieudolnie. Musiał się sporo męczyć przed śmiercią.
- Czyli prawdopodobnie nie planował samobójstwa wcześniej?
- Możliwe, ale to już nie moja sprawa - lekarz zdjął rękawiczki i wyrzucił je do stojącego nieopodal kosza.
- Kiedy zmarł?
- Między 2 a 3 w nocy. Zresztą dostanie pan oficjalny raport.
Trupa zabrano, a wraz z nim zniknął lekarz, więc porucznik wziął na cel szefa firmy.
- Pan jest szefem? - rzucił pytanie retoryczne do grubego faceta w szarym garniturze, który zdjąwszy marynarkę wycierał pot z czoła. "Ze zdenerwowania czy z gorąca?" - w umyśle porucznika od razu narodziły się podejrzenia. Faktycznie klimatyzacja nie działała zbyt dobrze w tym budynku i porucznik sam zaczynał odczuwać tego skutki.
- Tak - usłyszał oczekiwaną odpowiedź. Boss widać poznał w nim funkcjonariusza policji, bo zaczął rozmowę: - To straszne, co się stało. Nic takiego nigdy nie miało miejsca w mojej firmie. Ma pan już jakąś teorię?
- Szczerze mówiąc: nie - porucznik był nieco zaskoczony. "Strasznie się denerwuje." - Chciałem z panem porozmawiać na temat... ofiary - przypomniał sobie, że nawet nie spytał o nazwisko samobójcy. - Jak on się nazywał?
- Piotr Nowak. Pewnie chce pan wiedzieć, czy był dobrym pracownikiem? Tak, był, nawet za dobrym. Został po godzinach z własnej woli, choć mówiłem mu, że to niepotrzebne. Był cholernie ambitny. Z reguły nie pozwalam na pracę po godzinach, ale on osobiście odpowiadał za kontrakt z pewnym bankiem i twierdził, że to niezbędne, jeśli ma przygotować dokumentację. Zgodziłem się w końcu, ale teraz żałuję.
- Być może pańska decyzja nie miała wpływu na jego śmierć. Może miał jakieś problemy osobiste. Wiadomo panu coś o tym?
- Nie, nie interesuję się takimi sprawami, jeśli moi pracownicy sami tego nie chcą.
- Był zamknięty w sobie?
- Raczej nie. Brał udział w przyjęciach noworocznych itp. dla pracowników, przychodził nawet z dziewczyną, a raczej z dziewczynami, bo z każdym razem miał inną.
- Długo tu pracował?
- Zatrudniłem go, kiedy jeszcze był na studiach. To było 3 lata temu. Był dobry, szybko piął się w górę. Na początku nie był pracownikiem etatowym. Kupowaliśmy od niego jego programy, małe, ale pożyteczne. Część z nich jest nawet dość popularna do dziś. Wkrótce potem zatrudniłem go w firmie. Brał udział w projektach grupowych, ale nie było mu to w smak. Chyba wolał pracę bardziej twórczą. Dlatego ucieszył się, gdy awansowałem go na kierownika zespołu. Sam wymyślił kilka projektów, ale ostatnio brał zlecenia. Ostatnie właśnie od tego banku.
- Z tego, co pan powiedział, możnaby wywnioskować, że był pod pańską protekcją.
- Oh, nie. Wielu moich pracowników miało jeszcze błyskotliwsze kariery niż jego. Ale oni pouciekali stąd znęceni lepszymi zarobkami.
- Proszę opowiedzieć mi, co się stało dzisiaj rano.
- Uf, to było straszne. Na początku nic się nie działo. Klucznik otworzył drzwi punktualnie za 10 ósma. Ja przyjechałem tuż po nim. Nie spodziewałem się spotkać tu jeszcze Nowaka, więc poszedłem do mojego biura. Później, kilkanaście minut po ósmej przyszedł do mnie ten informatyk, Kowalski, kontroler sieci, i powiedział, że Nowak zostawił włączony komputer. Zazwyczaj wszystkie komputery po pracy zostają wyłączone, tylko pracuje serwer z przyłączonym modemem. Odbiera telefony, faxy, a rano jest też przełączany na kontrolę sieci. Gdyby informatyk nie sprawdził, restart serwera mógłby spowodować uszkodzenie końcówki, to jest komputera Nowaka. Powiedziałem, że może Nowak zostawił komputerowi jakieś dane do obróbki, ale Kowalski zaprzeczył. W tej chwili z toalety wyskoczył ktoś krzycząc, że tam jest trup. Od razu zrobiło się zbiegowisko, bo już sporo osób przyszło do firmy, tak że ledwie się przepchałem. Zobaczyłem Nowaka. Wisiał na żyrandolu z sinym językiem wywalonym na wierzch. Mdło mi się zrobiło... - tu przerwał trąc oczy jakby chciał zetrzeć z nich koszmarny obraz. - I tyle. Ktoś wezwał policję i (niepotrzebnie) karetkę.
- Nad czym pracował Nowak?
- Nie wiem dokładnie, chyba nad bazą danych dla banku. Musiałbym zajrzeć do akt. Może ktoś z jego zespołu wie, ale raczej to on odwalał większość roboty. Nie lubił, jak nie znał do końca całego programu.
- Jeśli można chciałbym ten program wziąć do zbadania.
- Ależ proszę, nie mam nic do ukrycia, ale wątpię, czy coś pan tam znajdzie. Kowalski! - prezes otworzył drzwi i huknął w głąb korytarza.
- Który? - usłyszał w odpowiedzi.
- Ten od sieci!
Za chwilę w gabinecie zjawił się szczupły brunet po trzydziestce.
- Słucham, prezesie.
- Są kopie z twardziela Nowaka na serwerze?
- Są.
- To dasz panu ten dysk. Jeśli można tylko jakieś zaświadczenie, rachunek... - szef zwrócił się do porucznika.
- Oczywiście. Zaraz wypiszę.
- Czy wstawić tam jakiś inny dysk? - spytał prezesa Kowalski.
- Nie - odparł ten. - Nie będzie nam na razie potrzebny. Trzeba będzie anulować kontrakt z bankiem - dodał głośną myśl.
- Zaraz przyniosę - zapewnił Kowalski wychodząc.
- Proszę poczekać! - powstrzymał go porucznik. - Chciałbym zobaczyć to stanowisko Nowaka. Może znajdnę jakieś poszlaki - zaczął niepotrzebnie tłumaczyć swoją ciekawość.
- W takim razie do widzenia. Mam dziś dużo pracy - odparł prezes.
- Do widzenia - porucznik wyszedł za informatykiem. Ten uprzejmie poprowadził go korytarzem do pokoju o wymiarach 2 na 3 metry.
- Imponujące - ironicznie skomentował porucznik oglądając sofę, biurko z komputerem i szafę z książkami i dokumentami. Wszystko razem było dość składnie ustawione, ale i tak przytłaczało swoją ciasnotą. Okno było zasłonięte żaluzjami, a światło dawała świetlówka podwieszona pod sufitem. Na biurku leżało kilka ręcznych notatek z jakimiś tabelami.
- Może nie powinienem był tego robić, ale posprzątałem już tu trochę - przyznał się Kowalski wyciągając dysk twardy z kieszeni w obudowie komputera.
- To nic - mruknął porucznik. Zapalił papierosa. - Jest tu gdzieś popielniczka? - spytał.
Informatyk odwrócił głowę.
- Nie stoi w kącie? To pewnie jest na korytarzu.
- Nowak nie palił? - zagaił porucznik wyrzuciwszy zapałkę.
- Nie. A czy to ma jakieś znaczenie?
- Może. Diabeł tkwi w szczegółach. Dzięki - rzekł biorąc od Kowalskiego dysk twardy zapakowany niemal pedantycznie w folię.
- Powodzenia - usłyszał na odchodnym.

* * *

- Halo! Poproszę z pokojem 306.
"Już łączę."
- Dziękuję pani. Halo! Mały?
"Halo! Głośniej, bo nie słyszę."
- To zdejmij słuchawki z uszu, do cholery!
"A... Rzeczywiście, tak lepiej."
- Mały, to ja, porucznik. Słuchaj, wysyłam ci dysk do sprawdzenia. Oficjalnie.
"Pilne?"
- Nie, ale mam do ciebie prośbę.
"No, słucham?"
- Życzyłbym sobie, aby w raporcie nie było wyrażeń typu: boot sector do d...
"Mówisz o żargonie technicznym czy podwórkowym?"
- Mały, ja to dołączam do oficjalnej dokumentacji!
"Dobra, dobra... A co to za sprawa? Piractwo czy kolejny kraker-amator?"
- O, nie. Tym razem coś ciekawszego: samobójstwo.
"Samobójstwo? To czemu dali ci tę sprawę?"
- Samobójca był programistą.
"Ciekawe. Może brał udział w jakiejś tajnej operacji lub włamywał się na zlecenie."
- Nie podniecaj się. Rutynowe postępowanie i schluss. Na razie to tyle. Cześć!
"No, na razie."

* * *

Porucznik wstał dziś wyjątkowo późno. Budzik zepsuł się w nocy, więc nie od razu zorientował się, że jest spóźniony. Za oknem był ciemno i szaro, deszcz padał z niskich chmur warstwowych. Porucznik ubrał się szybko i niezbyt starannie (skarpetki były nie do pary), po czym wyszedł z domu nawet bez śniadania. Liczył na jakiś posiłek w komisariacie. Droga tamże dłużyła się niemiłosiernie, bo duże krople dżdżu rozbijając się na szybie skrupulatnie rozmazywały krajobraz. Wycieraczki też niewiele dawały. W końcu dotarł na miejsce, ale spóźnił się ponad dwie godziny. Ledwie strzepnął krople wody z ubrania i usiadł przy biurku, a już otworzyły się drzwi i twarz oficera dyżurnego wyjrzała zza nich.
- Poruczniku, mieliśmy meldunek z tej firmy soft... coś tam. Pan wie, o którą chodzi. Jakiś informatyk popełnił samobójstwo. Komisarz tam pojechał i kazał panu tam się stawić.
I porucznik, rad nie rad, musiał znów jechać przez pół miasta w takich samych, niemalże potopowych warunkach. Przed siedzibą firmy na parkingu zrobiło się już takie bajoro, że wysiadając przemoczył sobie buty do suchej nitki. Zauważył nosze z ciałem wynoszone właśnie do samochodu policyjnego.
- Wreszcie jesteś! - natknął się na komisarza w korytarzu. - Spóźniłeś się, a ja muszę odwalać twoją robotę i patrzeć na ludzi obdartych ze skóry. Wyskakują tacy z okna wprost na krzaki i poźniej nawet twarz trudno rozpoznać.
- Niech zgadnę: - podchwycił porucznik - prezes firmy napisał list pożegnalny, że czuje się odpo... - przerwał uświadomiwszy sobie, że tęgawa sylwetka prezesa mignęła gdzieś w głębi korytarza. - Co, u licha?
- Samobójstwo popełnił jeden z informatyków pracujących nad oprogramowaniem sieciowym.
- Kowalski?
- Nie... Jakiś Patyczak czy jak mu tam. Gdzie idziesz?
- Muszę przesłuchać...
- Wracaj, wszystko już zrobiłem. Pociągnę cię do odpowiedzialności za niesubordynację. Ciekaw jestem, jak się wytłumaczysz.
- Errare humanum est.
- He, he, filozof. Wracając do sprawy, to już drugie samobójstwo w tej firmie.
- To może być przypadek.
- Twoim zadaniem jest to sprawdzić.
Wróciwszy na komisariat porucznik zdjął przemoczone buty, powiesił skarpetki na kaloryferze, po czym założył nogi na biurko i sięgnał po telefon.
- Z pokojem 306 proszę.
"Chwileczkę..."
"Laboratorium informatyczne, słucham."
- Mały?
"No."
- Zmiana planów. Lepiej zajmij się tym dyskiem, który ci posłałem wczoraj. Na jutro chcę wiedzieć, co tam jest.
Odłożył słuchawkę na widełki. Coś mu mówiło, że ta sprawa nie zakończy się szybko.

* * *

Około południa do drzwi gabinetu porucznika zastukała dziennikarka z miejscowego brukowca. Chciała nazwisk, ale porucznik wykręcił się sianem. Sprawa nie była utajniona, ale wyglądała tajemniczo i nie wiadomo, czym mogła zaowocować. Z drugiej strony nie można było pozwolić na rozgłoszenie jej publicznie, bo zainteresowałaby inne media i poważniejsze gazety. Porucznik powiedział więc tylko tyle, że nie widzi powiązania między obydwoma samobójstwami, zresztą zajmuje się tylko jednym z nich, co było po części prawdą: okoliczności drugiego badał przecież komisarz, choć o tym porucznik nie powiedział. Na pytanie o możliwości morderstwa odparł:
- Ja zajmuję się piractwem komputerowym i nie będę fantazjował. Gdyby to było morderstwo, to by zajął się tym wydział zabójstw.
Kiedy rozczarowana dziennikarka opuściła budynek policji, porucznik zdał sobie sprawę z tego, że mała ilość informacji może zmusić ją do fantazjowania. Nie przejął się tym jednak zbytnio, gdyż poczytność tej gazety znacznie przewyższała jej wiarygodność, o ile w ogóle można mówić o jakiejś wiarygodności. Ale na tym się nie skończyło. Już w godzinę później zadzwonił do niego reporter lokalnego radia, który chciał umówić się na wywiad, ale porucznik odmówił. Tym razem zaargumentował to brakiem czasu i nadmiarem pracy. Dla lepszego efektu poszeleścił trochę do słuchawki leżącymi na biurku papierami. Do wieczora miał spokój. Później jednak rozpętało się piekło.

Porucznik powoli porządkował papiery i zaczynał zbierać się do wyjścia, gdy na jego biurku zadzwonił telefon.
- Słucham.
"Panie poruczniku, to ja, szef Complexsoftu."
- Tak, słucham. Znalazł pan coś związanego z samobójstwami?
"Nie." Prezes był zdenerwowany. "Ale kolejny z moich pracowników targnął się na swoje życie. Trzeci w ciągu dwóch dni! Co to będzie?! Ja tego nie wytrzymam!"
- Niech pan zachowa zimną krew...
"Zimną krew!? To horror, panie poruczniku, horror! Trzeba być chyba robotem, by przyjąć to wszystko ze spokojem."
- Dobrze, dobrze... Niech pan powie co się stało.
"Kowalski połknął całe pudełko tabletek uspokajających. Myśleliśmy, że nie żyje, bo było trupio blady, ale serce jeszcze biło. Ktoś podał mu środek na wymioty i zaczął rzygać, i to z krwią. To nie do wytrzymania!"
- Co się z nim dzieje teraz?
"Leży nieprzytomny w pokoju obok. Jest cały brudny... Ohyda!"
- Czy ktoś wezwał karetkę?
"Nie wiem, nie wiem... Co robić, co robić?!"
- Już jadę! - porucznik rzucił słuchawkę na widełki i chwyciwszy kurtkę wybiegł na korytarz. Koło dyżurki zatrzymał się, by skierować kilka radiowozów i karetkę do firmy. Potem rzucił się do samochodu.

Kiedy przyjechał do firmy, pod budynkiem stała już karetka, ale nie było żadnych samochodów policyjnych. Portier przy drzwiach poznał go i wpuścił bez pytania. Porucznik skierował się do gabinetu szefa, ale sekretarka powiedziała, że Kowalski i szef są na drugim piętrze, w pokoju kontoli sieci. Kiedy policjant skręcił w boczny korytarz, jego oczom ukazała się czerwonobrunatna plama na dywanie tuż przed drzwiami otwartymi na oścież. Wszedł do środka i zobaczył nieprzytomnego Kowalskiego na fotelu badanego przez lekarza oraz prezesa wycierającego drżącą ręką spocone czoło. Kiedy zobaczył porucznika rzucił się do niego jak do ostatniej deski ratunku.
- Panie poruczniku, to straszne, to straszne... To już trzeci! Ludzie się boją! Ja się boję!
- Mmmm... Zostawcie mnie w spokoju... - z ust Kowalskiego popłynęła półprzytomna skarga, gdy lekarz podniósł powieki i poświecił mu w oczy.
- Słyszy pan, słyszy?! Ciągle to bredzi, że ma dość świata!
- Spokojnie, jeśli mówi, to znaczy, że nic mu się nie stało. Niech pan idzie do swojego biura i weźmie coś na uspokojenie. Zaraz przyjdę do pana. Proszę iść - dodał porucznik delikatnie wypychając prezesa z pokoju. Potem zamknął drzwi, bo pod nimi sterczała spora grupka gapiów głośno komentujących przebieg wypadków.
- Co z nim? - spytał lekarza.
- Będzie żył, najwyżej pośpi kilka czy kilkanaście godzin. Nie wiem, ile tego specyfiku dostało się do krwiobiegu, więc na wszelki wypadek zabierzemy go.
- A ta krew w wymiotach?
- Pewnie miał wrzody. Kto mu podał środek na wymioty? - lekarz zwrócił się do stojącego obok pielęgniarza.
- Zaraz sprawdzę - odpowiedział ten i zniknął za drzwiami.
- Kiedy będzie można go przesłuchać? - kontynuował porucznik.
- Na pewno nie dziś ani raczej nie jutro. Może być w szoku. Najprawdopodobnie pojutrze.
Wrócił pielęgniarz wraz z drugim, który przyniósł nosze, i sekretarką szefa. Pielęgniarze zajęli się układaniem niedoszłego samobójcy na noszach, a lekarz spytał sekretarkę:
- To pani dała temu pan środek na wymioty?
- W sumie tak... Dałam to co było pod ręką.
- Proszek czy płyn?
- Płyn.
- A dokładniej?
- Jodynę - odpowiedziała sekretarka po chwili. Lekarz odwrócił się do porucznika.
- Pewnie stąd te zabarwienie. Skąd pani wiedziała, że to pomoże?
- Nie wiedziałam. Sięgnęłam po jodynę, bo stała w apteczce najbliżej. Wiem, że to źle, ale naprawdę straciłam głowę.
- Dobrze, dziękuję. Może pani iść.
- Czy będę mieć nieprzyjemności? - spytała cicho stojąc już w drzwiach.
- To zależy od tego, czy on przeżyje, a raczej przeżyje - uspokoił ją lekarz.
- Dziękuję - powiedziała i zniknęła w korytarzu.
- Nie ma za co - mruknął lekarz. Potem westchnął i zwrócił się do porucznika:
- Ten człowiek ma niesamowite szczęście. Jodyną... - zachichotał.
Porucznik pożegnał się i wyszedł tuż za noszami. Minął sprzątaczkę, która na klęczkach zmywała dywan na korytarzu, raczej z miernym skutkiem. Skierował się do gabinetu prezesa. Nie zdążył jednak dojść nawet do zakrętu korytarza, gdy usłyszał głośny krzyk kobiecy, a w chwilę później strzał i łoskot. Szybko podbiegł do drzwi biura i nieomal nie wpadł na sekretarkę. Wycofywała się z pomieszczenia patrząc w głąb przerażonymi oczyma i przykrywając dłońmi twarz. Porucznik odsunął ją i stanął porażony widokiem. Na ziemi twarzą do dołu leżał w powiększającej się kałuży krwi prezes trzymając w ręku dymiący jeszcze rewolwer. Wokoło walały się papiery, ołówki, dyskietki, wśród których górował rozbity monitor z iskrzącymi jeszcze kablami. Porucznik podbiegł, wyszarpnął wtyczkę z kontaktu i odwrócił ciało prezesa. Z otworu w prawej skroni sączyła się miarowo jasnoczerwona krew, a część twarzy była osmalona. Porucznik położył rękę na szyi prezesa i zdążył jeszcze wyczuć resztki pulsu, który nieuchronnie gasł. Wreszcie krew z rany przestała pulsować i porucznik powoli odłożył głowę byłego szefa Complexsoftu na dywanie. Delikatnie zamknął palcami jego przerażone oczy.

* * *

Był już wieczór, gdy radiowozy zaczynały się rozjeżdżać, niebo przykrywały ołowiane chmury, z których w dalszym ciągu padał obficie deszcz. Porucznik szedł przez strugi wody w kierunku parkingu wraz z dwoma innymi policjantami.
- Istnieje podejrzenie, że ktoś terroryzował tych ludzi i woleli wybrać śmierć niż ujawnienie prawdy - mówił jeden z nich.
- W takim razie można spodziewać następnych samobójstw - zauważył porucznik.
- Tak, ale nie wiadomo kogo obserwować, podejrzani są wszyscy.
- Obserwujcie Kowalskiego. Jeśli to prawda, to będzie chciał odebrać sobie życie jeszcze raz.
- Niby prawda - dwaj policjanci wsiedli do radiowozu. - Trzeba będzie go w ogóle przesłuchać.
- Słuchajcie, wiem, że to już mnie nie dotyczy, skoro przejęliście sprawę, ale chciałbym przy tym być.
- Dobra, zawiadomimy cię.
- Dzięki. Dokumenty przekażę wam jutro.
- Dobra, co jutra.
Radiowóz odjechał, a porucznik ruszył truchtem w kierunku swego samochodu. Nie miał żadnej czapki ani kapelusza, więc patrzył na ziemię, by deszcz nie zalewał mu oczu. Przy swoim samochodzie wpadł na jakiegoś człowieka w skórzanej kurtce i czapce baseballówce.
- O, przepraszam!
Mężczyzna zatrzymał go:
- Chcę z panem porozmawiać.
- Przykro mi, śpieszę się - odparł porucznik otwierając drzwi samochodu.
- Porozmawiać o samobójcach.
Porucznik przyjrzał mu się dokładniej.
- Nie wygląda pan na prywatnego detektywa - zauważył z nutą ironii.
- Jestem programistą - odparł tamten.
- Dobrze - zgodził się porucznik po chwili namysłu. - Będziemy tu moknąć?
- Znam małą knajpkę niedaleko stąd, za rogiem.

Knajpka rzeczywiście duża nie była, a na dodatek prawie pusta, bo deszcz odstraszał od wychodzenia z domu.
- Rozumiem, że obawia się pan o własną skórę - zaczął porucznik.
- Nie pracuję w Complexsofcie, właściwie nigdzie nie pracuję.
- To czemu chciał pan ze mną porozmawiać?
- Opowiem panu historyjkę: w Complexsofcie pracował pięć lat temu niejaki Zenon Wilczek. Pracownik jak pracownik. Nie był zbyt sumienny, ale to można było mu wybaczyć, bo odwalał najgorszą robotę. Gorzej, że za swą pracę żądał wygórowanych honorariów. Szef dochodził do kompromisu z nim. Dawał mu częściej urlopy. Ale to nie trwało długo. Do firmy przyszli nowi pracownicy, nastał kryzys związany z tą grupą krakerów, wie pan, tych, co szantażowali Microsoft, i szef nie mógł pozwolić sobie na zbyteczne wydatki. Doszło do tego, że pokłócili się z prezesem, który go wylał trzy lata temu. Dał mu dwa dni na zabranie maneli i potem nie chciał go widzieć. Przed odejściem Wilczek podobno rzucił przekleństwo w stylu: "oby wszyscy programiści tutaj powyzdychali". I stało się.
- Myśli pan, że Wilczek teraz się mści?
- Wilczek zginął w wypadku rok temu.
- Skąd pan to wszystko wie?
- Nazywam się Adam Wilczek. On był moim bratem.
Nastała chwila milczenia.
- Czemu pan mi to mówi?
- Nie wiem, może się przyda. To właściwie nie mieści się w kategoriach rozumu ani policyjnego postępowania. Sądziłem, że powinien pan o tym wiedzieć.
- Właściwie nie prowadzę śledztwa w tej sprawie, ale dziękuję panu.
- Dziękuję, że mnie pan wysłuchał. Niektórzy by mnie wyśmieli.
- Wiem. Niestety, muszę już iść. Do widzenia.
- Do widzenia.

* * *

Następnego dnia porucznik pakował wszystkie papiery dotyczące Complexsoftu do szarej tekturowej teczki i myślał o tym, co wczoraj usłyszał. Oczywiście, nie było to coś, co można racjonalnie wytłumaczyć, ale dawało pewne ciekawe informacje. Jeśli naprawdę Zenon Wilczek miał porachunki z prezesem firmy, to mógł kogoś wynająć jeszcze przed swoją śmiercią, mógł zmarkować własną śmierć lub też ktoś z jego bliskich mógł się teraz mścić, nawet jego brat, choć prowadząc taką grę z policją trzeba być albo geniuszem, albo wariatem. Być może klątwa nie ma nic wspólnego ze sprawą, a w takim razie coś ciekawego może być na dysku albo w papierach firmy, ale tymi niech się zajmą w wydziale zabójstw. Raport o zawartości dysku miał przynieść na dziś Mały, ale coś marudzi. Porucznik podniósł słuchawkę i poprosił o połączenie z pokojem 306.
"Nikt nie odbiera" - odpowiedziała telefonistka po chwili.
Porucznik westchnął i postanowił osobiście złożyć wizytę w laboratorium informatycznym. "Może Mały zostawił raport na biurku" - wziął klucze z szufaldy i wyszedł z biura. Winda była znowu w naprawie, więc trzeba było iść po schodach. Biuro porucznika było na pierwszym piętrze, więc pójście dwa piętra wzwyż nie przedstawiało większych trudności i zajęło mniej niż minutę. Laboratorium informatyczne znajdowało się na końcu korytarza. Drzwi, o dziwo, były otwarte. Porucznik otworzył je i przeciąg wciągnął go do środka.
- Mały, zamknij okno! - krzyknął porucznik, gdy drzwi trzasnęły za jego plecami. Mały stał przy otwartym na oścież oknie i zdawał się patrzeć w dal rozmyślając o czymś odległym.
- Mały! - powtórzył porucznik głośniej, gdy ten nie zareagował. Chłopak odwrócił się w jego kierunku, ale nic nie odpowiedział. W jego oczach malowała się odraza i wściekłość.
- Zostaw mnie! - warknął i zaczął wdrapywać się na parapet. Porucznik rzucił się do niego i chwycił za nogę. W sekundę później poczuł w ustach gorzki smak gumowej podeszwy trampka. Upadł na podłogę, ale pociągnął za sobą Małego.
- Odczep się! Mam cię dość! Mam dość tej parszywej pracy! - wrzasnął chłopak zrywając się na równe nogi. Teraz on z kolei zaliczył cios w szczękę. Runął jak długi przewracając fotel. Porucznik przyskoczył do niego. Mały podniósł się powoli jęcząc.
- Ugh... dzięki, trochę mi ulżyło - powiedział masując szczękę. Porucznik przyłożył mu jeszcze prosto w czoło.
- Za co to?!
- Na zapas. Pozbieraj się. Musisz odpowiedzieć mi na kilka pytań.
Porucznik podszedł do komputera pilnie obserwując Małego i wyłączył maszynę. Mały podniósł się, postawił fotel na miejsce i usiadł w nim.
- Co ty chciałeś zrobić?
Mały milczał.
- Chciałeś wyskoczyć! Tak!?
- Tak.
- Czemu?
- Nie wiem. Chyba chciałem z tym skończyć.
- Z czym?
- Z problemami.
- Jakimi?
- Dziewczyna mnie rzuciła wczoraj - odpowiedział Mały po chwili.
- No, nie gadaj, że z ciebie taki romantyk.
- Nie, właściwie to miała rację. Kto by chciał chodzić z kimś, kto nie przychodzi na umówione randki? To przez pracę! - niemal wybuchnął. - Siedzę godzinami przed monitorem, psuję sobie oczy za grosze i nic mi nie wychodzi. Tak jakby wszyscy przeciw mnie sprzysięgli!
- Uspokój się. Myślałem, że lubisz tę pracę.
- Lubiłem. Ostatnio mi zbrzydła.
- Dobra, zostawmy to. Muszę oddać raport. Co wykryłeś?
- Nic konkretnego. Ta baza danych wygląda, jakby pisał ją wariat, nie programista. A raczej jakby wariat poprawiał pracę programisty. Oprócz tego były tam programy narzędziowe, debuggery, programy sieciowe, internetowe... A tak w ogóle to dysk jest zawirusowany.
- Zawirusowany? W porządnej firmie programistycznej?
- Tak. To ciekawe, bo oni mają własny program antywirusowy, jeden z najlepszych, a nie wykrył tego wirusa. Dopiero jak włączyłem inny program, to ten wykrył nieznanego wirusa w jednym pliku na dysku.
- Tylko w jednym pliku?
- Tak, widać wirus zaraża tylko specyficzne programy, w których łatwo się ukryć albo które mają swobodny dostęp do dysków, sieci... Bo ten zarażony plik to program do obsługi sieci.
- Uruchomiany w autoexec-u?
- Tak.
- Więc może on zaraża tylko ten plik?
- Może. Ale to przecież bez sensu! Przecież wirusy powinny się rozprzestrzeniać, a jedno drugiemu raczej nie służy.
- Słuchaj, a może ten wirus został napisany tylko do zarażnia komputerów Complexsoftu? Dla zemsty?
- I co?
- Bardzo dobrze ukrywa się, ale tylko dla antywirusa Complexsoftu, tak?
- Najprawdopodobniej.
- A kto zna bardzo dobrze algorytm pracy tego programu?
Mały szybko doszedł do konkuzji:
- Jego twórca. A program sieciowy wykorzystuje do rozprzestrzeniania się, więc autor wirusa musiał znać i ten program!
- Masz rację. Słuchaj, weź urlop, odpocznij, może porozmawiaj z twoją dziewczyną, a ja się tym zajmę.
- Jesteś pewien, że sobie poradzisz?
- Absolutnie, chyba wiem nawet, co tu jest grane.
Porucznik wyprowadził Małego z laboratorium i poszedł do swojego biura. Zadzwonił do Complexsoftu. Nowy szef, syn poprzedniego, upewnił go, że parę lat temu pracowali tam Adam i Zenon Wilczek, i że Zenon został wyrzucony z pracy. Adam odszedł wkrótce po nim. Później porucznik wrócił do laboratorium informatycznego i odpalił komputer Małego. Dla bezpieczeństwa uruchomił go z dyskietki. Znalazł wirusa, skopiował go i zaczął rozpracowywać jego kod debuggerem. Tymczasem do drzwi jego biura pukali dwaj policjanci czekający na raport. Na próżno.

* * *

Następnego ranka niewyspany porucznik wszedł do biura komisarza i rzucił mu na biurko stertę wydruków w asemblerze z ręcznym notatkami na marginesie.
- Co to jest? - spytał komisarz zdziwiony, że widzi porucznika tryumfującego, choć z podkrążonymi i przekrwionymi oczami.
- To jest zabójca dwóch informatyków i ich szefa.
- Papier?!
- Nie. To jest wydruk programu, wirusa komputerowego, który oddziaływuje na podświadomość ludzką powodując u nich skrajną nerwicę i depresję, w rezultacie prowadząc do próby samobójstwa.
- Co ty gadasz? Idź się wyśpij i wtedy porozmawiamy.
- Panie komisarzu, jeśli tego wirusa komputerowego nie unieszkodliwi, to będą następni programiści-samobójcy!
- Spokojnie, mamy weekend, a po za tym w firmie jest reorganizacja. Pracownicy są w większości nieobecni. Ale nie rozumiem, co im grozi?
- Ten wirus wyświetla na ekranie krótkie komunikaty typu: "Mam dość!", "Muszę z tym skończyć!", "Znajdź lepszy świat!" i zmazuje je zaraz potem tak, że nie widać tego normalnie. Ponadto ustawia częstotliwość mrugania kursora...
- Czego?
- Tej mrugającej kreski na ekranie. Ustawia tę częstotliwość tak, by wywoływała w mózgu fale beta, tzn. wywołuje pobudzenie mózgu. Od czasu do czasu fałszuje odczyt klawiatury "zjadając" niektóre znaki, co może dodatkowo denerwować.
- Rozumiem, ale ktoś musiał to napisać.
- Podejrzewam, że napisał go dość dawno jeden z pracowników, zwolniony trzy lata temu. To miała być zemsta.
- Masz dowody? - spytał komisarz patrząc na wydruk z miną nauczyciela, którego przewyższa uczeń.
- To niepotrzebne. On nie żyje.
- Mści się zza grobu?
- Uczynił wirusa niewykrywalnym w sieci i dał mu czas na zarażenie wszystkich komputerów, co było dość skomplikowane, ale był zarazem współautorem programu antywirusowego używanego w firmie, więc wiedział, jak się do tego zabrać. Wykluczam istnienie wspólnika. To była prawdopodobnie bomba logiczna, która wypuściła wirusa do systemu, gdy skasowano go z listy pracowników. Wirus rozprzestrzenił się, a zabijać zaczął dopiero dwa dni temu. Ten facet był chyba geniuszem i wariatem zarazem.
- Jak to rozpracowałeś?
- Wiedziałem, czego szukać.
- Dobrze, zadzwonię do Complexsoftu. Każę im natychmiast sprawdzić wszystkie komputery i powiem, by nie przesiadywali zbyt długo przed monitorami. Pozbieraj te papiery i oddaj im, może się przyda. Aha, wczoraj skarżyli się na ciebie tacy dwaj z wydziału zabójstw. Miałeś im dostarczyć dokumentację.
- Dołączę do sprawy wirusa i przekażę, ale najpierw chciałbym się wyspać.
Komisarz popatrzył na porucznika, który istotnie przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy: przekrwione oczy, rozszerzone źrenice, rozwiązany krawat zwisający z szyi, koszula z rozpiętym kołnierzykiem i plamą po kawie.
- Dobra, idź.
Porucznik zabrał wydruki i podszedł do drzwi, a komisarz podniósł słuchawkę telefonu.
- Ale na twoją odpowiedzialność - usłyszał jeszcze na odchodnym.
Na korytarzu natknął się na duet z wydziału zabójstw.
- A, to pan! Gdzie raport?
- Jutro... - odjęknął porucznik na odczepne. - Mam nowe poszlaki.
- Jutro chcemy przesłuchiwać Kowalskiego.
- Miło wiedzieć - i porucznik zniknął w swoim biurze. Zamknął drzwi na klucz, położył słuchawkę obok telefonu, usiadł na fotelu, odwrócił się do okna i zasnął momentalnie.

* * *

Następnego dnia dwaj policjanci zadowoleni z dostarczonej dokumentacji (w końcu porucznik odwalił za nich kupę roboty, o której nie mieli nawet pojęcia) szli korytarzem w szpitalu. Weszli do sali gdzie leżał w łóżku Kowalski, obok niego siedziała sekretarka Complexsoftu, a z drugiej strony stał porucznik.
- To co pan mówi potwierdza moje przypuszczenia. To straszne, co można zrobić z człowiekiem. Mam nadzieję, że szybko pan wróci do zdrowia.
- Dziękuję, już mam się dużo lepiej, ale pewnie potrzymają mnie tu jako potencjalnego samobójcę.
- Zobaczę, może da się coś zrobić. Ale, ale, oto są panowie, którzy wycisną z pana wszystko, dlatego radzę nie stawiać oporu. Będzie mniej bolało.
Policjanci popatrzyli na porucznika jak na kretyna.
- Mimo wszystko miło mi panów poznać - powiedział Kowalski. - Panowie pozwolą, to jest moja narzeczona. To ona uratowała mi życie - przedstawił siedzącą dotąd w ciszy narzeczoną.
- Nie przesadzaj, nie wiedziałam, co robić.
- I tak cię kocham.
- Ja ciebie też.
W tej romantycznej atmosferze porucznik zostawił zakochanych i policjantów. Wyszedł ze szpitala, stanął i wciągnął głęboko powietrze. Dziś już nie padało, przeciwnie, po niebie przesuwały się chmury nie wyglądające na burzowe. Tylko kałuże nadal przypominały o niedawnym "potopie". "Nie ma to jak wiosna" - pomyślał porucznik i ruszył z powrotem na komisariat.

Łukasz Adamowski

reklama
Miejsce na Twoją reklamę


|17|

wsteczspis treści | do górydalej
C 2001 - 2002 Ready - Wszelkie Prawa Zastrzeżonedesign by Szymon Mazurek