ZIARNKO NADZIEI I Dwie małe, brązowe walizeczki stanęły na przeciwko drzwi domu państwa Bardson. Wyskoki i szczupły mężczyzna nacisnął dzwonek. Po chwili drzwi otwarła Julia Bardson, dojrzała kobieta o pięknych rudych włosach, była uśmiechnięta lecz zaskoczona: - Cyprian, wejdź proszę - zaprosiła go do środka. Dom był nie duży lecz spełniał wymagania Bardsonów. Julia i Adam byli małżeństwem od 8 lat i mieli trójkę dzieci. Cyprian, kuzyn Julii, był ich gościem po raz pierwszy. Jako dziecko widywał się z Julią na uroczystościach rodzinnych. Ostatni raz widział ją na pogrzebie swojej matki, kiedy to Bardsonowie zaprosili go do siebie na wakacje. Postanowił skorzystać. Julia wiedziała o jego przyjeździe. Nie spodziewała się jednak, że przyjedzie tak wcześnie rano. Dla Cypriana pobyt ten miał być długo oczekiwanym odpoczynkiem. Po wydarzeniach ostatniego roku, kiedy to zmarła mu matka, nie czuł się najlepiej. Był jedynakiem. Nie miał jednak lekkiego życia. Jego rodzice byli dziwnymi ludźmi. Matka nie była dobrą gospodynią, nie umiała prowadzić domu należycie. Służące co chwila się zmieniały, głównie z powodu jej trudnego charakteru. W zasadzie przez nią Cyprian nigdy się nie ożenił. Kiedy tylko pojawiała się jakaś kandydatka na żonę, matka Cypriana czując się zagrożona, natychmiast utrudniała wszystko tak, iż nie sposób było nawiązać jakiejkolwiek głębszej relacji. Zdarzało się nawet, że umyślnie obrażała daną pannę tak, że tamta już się nie pokazała. Terroryzowała cały dom argumentami ostatecznymi -takimi jak łzy lub szantażowała, że się rozchoruje i umrze. Były to nie bezpodstawne argumenty, gdyż stan jej zdrowia nie był najlepszy, Cyprian więc ulegał matce. Nie miał też sojusznika w ojcu, ponieważ pan Lorst był zajęty firmą i przez wiele lat zaniedbywał rodzinę wyjeżdżając w interesach, czasem na długie miesiące. Życie rodziny było więc dla niego jedynie suchą wiadomością spisaną w listach i to niezbyt częstych. Kiedy w końcu zauważył, że ma syna i żonę nie był już tym samym człowiekiem, co przed laty. Matka Cypriana wiecznie niezadowolona histeryczka nie znalazła w nim swego męża, a i on nie poznawał tej kobiety. Żyli więc razem, ale obok siebie. Nie mając wspólnego życia lecz raczej każdy swoje własne. Z biegiem lat Cyprian nauczył się poruszać pomiędzy tymi dwoma światami. Nie był jednak szczęśliwy i czuł się samotny. Zaproszenie Julii zaskoczyło go. Oni razem z Adamem byli przeciwieństwem tego co widział w domu. Zazdrościł im wszystkiego. Nigdy nie czuł się członkiem rodziny. To co widział przez krótki czas, to jak odnoszą się do siebie, jak przejmują się dziećmi, to co słyszał z opowiadań o tym jak żyją, było wystarczającym zachęceniem do tego by ich odwiedzić. Dzieci przywitały go nieśmiało w drzwiach. Adam natomiast uścisnął go serdecznie: - Nie spodziewaliśmy się ciebie tak wcześnie rano. Ale dobrze, że już jesteś. Miałeś ciężka podróż? - Nie, nie czuję się zmęczony podróżą. Ale z przyjemnością napije się kawy. - Oczywiście, już podadzą. Opowiedz jak w domu. Ojciec już dobrze się czuje. - Tak, w zasadzie doszedł do siebie po stracie matki. - A ty? - Ja też. Przyjechałem do was, żeby odpocząć i zmienić klimat. Nie tylko pogodowy, ale głównie klimat domu. Chciałem poczuć się inaczej. Zmiana dobrze mi zrobi. Kiedy żyła matka byłem uwiązany jej szantażami i łzami, teraz mogę pozwolić sobie na coś więcej. Tym bardziej, że ojciec czuje się dobrze, a fabryka działa sprawnie. Mam więc prawdziwe wakacje. - Pokaże ci twój pokój - zaproponował Adam - nie jest zbyt duży, ale za to od strony ogrodu i z balkonem. Będziesz mógł wystawić sobie tam krzesło i spędzać czas na świeżym powietrzu. - Nawet nie wiesz jak to lubię - dodał Cyprian wychodząc na balkon. Był wciąż jeszcze chłodny ranek. Choć słońce podniosło się już ponad korony drzew. Cyprian wziął głęboki oddech. - Niestety musze cię już pożegnać - wtrącił Adam - antykwariat czeka. Ale zostawiam cię w towarzystwie najlepszym z możliwych. Mam nadzieję, że dzieci cię nie zamęczą już dzisiaj. Julia z pewnością będzie chciała je powstrzymać, istnieje szansa, że się uda - uśmiechnął się - do zobaczenia popołudniu. Cyprian zszedł na dół do jadalni. "No to jestem - pomyślał - już zaczynam odpoczywać." Gdzieś w tle słychać było okrzyki dzieci. Julia usiadła przy stole. Cyprian popijał kawę: - Ile to lat minęło, od chwil kiedy bawiliśmy się razem na wszystkich świętach rodzinnych - zaczęła sentymentalnie Julia. - O tak, dawno już nie mięliśmy możliwości by sobie spokojnie porozmawiać. Jak to życie dziwnie się toczy. Czasem bliscy stają się dalecy tylko dla tego, że dzieli ich jakaś odległość. Mam jednak nadzieję, że uda nam się to naprawić. - Też tak myślę. Wiele rzeczy się zmieniło. A ty po wielu latach opuściłeś dom na dłużej. - W końcu nikt nie zatrzymywał mnie łzami. Kochałem moją matkę, ale nigdy jej nie zrozumiem. W pewien sposób odzyskałem wolność. To straszne, że tak mówię, przepraszam. - Mów, słucham cię. Nie musisz mnie przepraszać. Przecież możesz się tak czuć - Julia uśmiechnęła się i chwyciła go za rękę - cieszę się, że przyjechałeś. - Mam nadzieję, że teraz po tym wszystkim, jakoś na nowo się odnajdę. Że znajdę nowy sens w życiu. Może nawet nabiorę więcej nadziei i przestanę być takim malkontentem. Przyjechałem do was też z innego powodu - Julia słuchała z uwagą - Chciałem zobaczyć prawdziwą rodzinę. Tak - potwierdził skinieniem głowy - chciałem zobaczyć jak to jest gdy ma się dom z prawdziwego zdarzenia. Chciałem przez chwile się tak poczuć. - Bardzo mi miło - odpowiedziała Julia, nieco zaskoczona. Rodzina była dla niej czymś normalnym, choć zarazem czymś najważniejszym. Razem z Adamem budowali ją z całą miłością i cierpliwością. Była dla nich wspólną przygodą i radością. Byli dumni z siebie na wzajem, z dzieci i czuli się szczęśliwi. Cyprian nie znał tego wszystkiego. II Słońce przebiło się przez szparę w zasłonie i dotknęło boleśnie oczu Kingi. Z gniewnym pomrukiem przewróciła się na drugi bok zakrywając się kołdrą. Minęła jeszcze godzina nim kobieta średniej postury o ciemnych włosach, zawiniętych na papiloty, pojawiła się w lustrze, nad porcelanową misą, którą służąca przynosiła i stawiała na toaletce wraz z dzbanem podgrzanej wody. Nie była brzydka. Miała 35 lat i wszystko czego potrzebowała. Nie miała męża lecz nie czuła się samotna. W domu w którym mieszkała zawsze znajdowała sobie zajęcie. Miała starszą o trzy lata siostrę i o pięć lat starszego kuzyna, z którymi zamieszkiwali dom. Ostatnim czasem żyło im się coraz lepiej ze sobą. Od kiedy bowiem August, kuzyn Kingi został chrzestnym ojcem Wiktorii Bardson zrobił się znacznie bardziej przyjazny dla otoczenia. Kinga nigdy jednak nie czuła się z nim dobrze, nawet teraz. Najlepszą jej przyjaciółką była jej siostra Stella. Od zawsze były razem. Zawsze wspierały się i darzyły miłością. Dzień był piękny. Lipcowe słońce, które jak drapieżnik zaatakowało Kingę dzisiejszego poranka było już wysoko, kiedy Kinga zeszła na dół na śniadanie. August wyszedł już z domu do pracy. Był notariuszem i prowadził swoją kancelarię notarialną. Odziedziczył ją po swoim wuju, ojcu Kingi i Stelli. W salonie siostra Kingi siedziała w fotelu zajadając winogrona. - Witaj! - Dzień dobry - odpowiedziała Stella zwiewnie poruszając ręką. Kinga tylko się uśmiechnęła na ten gest. Kochała swoją siostrę, ale uważała ją za infantylną romantyczkę. Nie można było być bardziej niezaradnym i beztroskim niż Stella. - Jak ci się spało? Widzę, że nieco długo. Wszyscy już zdążyli zjeść śniadanie. Zaspałaś? - patrzyła na nią swymi zielonymi oczyma z zapytaniem odmalowanym na twarzy. - Nie. Nie zaspałam, świadomie przyszłam dopiero teraz. Dłuży mi się dzień gdy wcześnie wstaję - wzruszyła ramionami - nie bądź taka zdziwiona, nudzę się. - No, ale ...- Stellę najwyraźniej zabolało to co usłyszała - myślałam, że zajmuje cię rozmowa ze mną i nasze wspólne zajęcia, spacery... - Ależ tak, to nie o to chodzi. Widzisz nie zrozumiałaś mnie. Ty masz swój romantyczny świat, August pracę i książki, a ja zajmuję się czym mogę, byleby się nie nudzić. A kiedy nie umiem sobie znaleźć zajęcia chodzę zła jak osa, rozpiera mnie, nie umiem czekać spokojnie, odpoczywać tak zwyczajnie, muszę być w ciągłym ruchu. Kinga była faktycznie bardzo energiczną osobą. Miała gorący temperament i wszystko paliło jej się w rękach. Była samodzielna, zaradna, nie potrzebowała nigdy pomocy. Nikt chyba nawet nie próbowałby oferować jej Kindze, mogłoby się to skończyć tylko awanturą. Przynajmniej nie można było tej pomocy oferować oficjalnie. Byłaby to katastrofa. Stella była wielką ekspertką w tej dziedzinie. Kinga nigdy nie rozklejała się i dzielnie radziła sobie z przeciwnościami losu. Z natury była pedantką i miała raczej wścibski charakter. Zdarzyło jej się kilka razy przeczytać cudzą korespondencję, a częstokroć siedziała ze służbą w holu na schodach i plotkowała o sąsiadach. Była lekką dziwaczką. Poprawiała wciąż po służbie ich czynności. Często zwracała do kuchni naczynia, mówiąc że są niedomyte. Z drugiej strony nie znosiła wszelkich zasad i konwenansów, w które trzeba się było ubierać przed ludźmi Starała się ich nie klasyfikować, ale służba musiała znać swoje miejsce. Wciąż miotała się między swoimi odczuciami, a lękami o których nikt nie wiedział. Służba miała przed nią respekt mimo, że była najbliższa domowi i temu co się w nim działo ze strony gospodarczej, nigdy bowiem nie było wiadomo czy to co się zrobiło zostanie pochwalone prze Kingę, czy też zbierze się za to burę. Nikt bowiem w całym domu nie potrafił zrobić takiej awantury jak ona. Nikt też nie był tak uparty. Dzień upłynął jak każdy inny. Tell siedziała w ogrodzie obcując z przyrodą, kwiatami, drzewami. Miała jakby swój własny rytm życia, znacznie wolniejszy od rytmu otaczającego ją świata. Zawsze dostrzegała piękno jako pierwsza i cieszyła się nim do ostatniej chwili. Jakby gromadziła jakieś wielkie, niezliczone jego pokłady. Tego dnia jak w wiele poprzednich Kinga udała się na zakupy do miasta. Zawsze chodziła na nie z gosposią Matyldą. Matylda była niska, otyła i starsza od Kingi o jakieś 10-15 lat. Niemniej jednak budząca zaufanie. Była uczciwa, choć jak przystało na gosposię miała zawsze najświeższe informacje, o wszystkim co dzieję się w sąsiedztwie. Nie był to jednak powód dla którego Kinga miała by jej nie lubić, wręcz przeciwnie, przecież i ją interesowało życie sąsiadów. Była środa więc na targu ruch był wzmożony. Dwie kobiety różniące się między sobą nie tylko posturą, ale i strojem z wielkimi wiklinowymi koszami przedzierały się przez tłum ludzi. Matylda znała kilku sprzedawców. Miała wybrane stragany gdzie zawsze kupowała to co było potrzebne. Kinga też już znała kupców. Nigdy jednak nie targowały się, nie umiały. Matylda jednak zawsze marszczyła brwi i pytała: - Czy to na pewno dobra cena, nie za drogo? Kupiec najczęściej jednak odpowiadał, że skądże znowu, że to przecież najlepszy towar jaki ma, że nie mógłby pań oszukać. Czasem jednak skutkowało i jakaś przekupka obniżała cenę. Kinga jednak rzadko rozmawiała z handlarzami. Głównie dlatego, że nie wypadało zamożnej pannie targować się na rynku. Zawsze też kosz Matyldy był cięższy niż jej, bo pani nie powinna nosić ciężarów. Wszystkie te zasady nie podobały się Kindze i gdyby nie fakt, że bała się plotek z pewnością złamałaby te konwenanse. - Nie wiem czy pani słyszała, - zaczęła przeciągle Matylda, co miało podkreślić wagę wiadomości jaką ma do zakomunikowania - że do państwa Bardson przyjechał wczoraj kuzyn pani Julii. Podobno bardzo przystojny - mówiła to przeciskając się przez tłum i przeklinając swoją długą suknię, która plątała się pod nogami - Jest samotny i bardzo zamożny - niedawno zmarła mu matka. - Czy to jakaś insynuacja Matyldo? - spytała ściągając wargi i patrząc na Matyldę podejrzliwym spojrzeniem. - Gdzież bym śmiała, proszę pani - Matylda zaczerwieniła się - chciałam tylko panią uprzedzić, bo państwo Bardson na pewno niedługo państwa zaproszą i na pewno pozna pani kuzyna pani Julii. Lucyna, gosposia mówiła mi, że pan Cyprian, bo tak ma na imię, jest bardzo dziwnym człowiekiem, mało się odzywa i dużo myśli. Pani Julia ma z nim chyba nie mały kłopot. Bardzo trudno jest go zadowolić. Ma fiu- bździu w głowie. Pani wybaczy. - Nie wolno ci tak mówić, Matyldo, jak to wygląda. Lucyna nie zna pana Cypriana, czy jak mu tam, nie może wiedzieć jaki jest... - wcale nie spodobało się Kindze to jak został określony kuzyn Julii, choćby przez samą sympatię do niej. - Przepraszam, ale Lucyna bacznie się mu przyjrzała - "do czego to dochodzi, bacznie się przyjrzała, ciekawe - pomyślała Kinga" - pan Cyprian nie jada śniadań, wypija tylko kawę, potem idzie na długi spacer i przychodzi około 10 godziny, wtedy dopiero coś je. Na obiad życzy sobie jak najmniej mącznych rzeczy tak, że pani Bardson rozkazała kucharzowi by nie było na obiad żadnych klusek czy makaronów. Jest chudy, wysoki i bardzo rzadko się uśmiecha. Urządza sobie kąpiele w ziołach... - Kinga zaczęła się śmiać. - Widzę, że naprawdę bacznie się mu przyjrzała, ciekawe ile w tym prawdy? - Jak boga kocham, to jakiś dziwak. Podobno nawet nie spojrzy na kobietę, jakiś mistyk, czy coś - i wykrzywiła twarz wzruszając ramionami. - A, to o to chodzi - Kinga znów się zaśmiała. Matyldzie wcale się to nie spodobało. Przestała opowiadać już o Cyprianie, dodała jeszcze tylko, że ma 37 lat i że zabawi tu jeszcze chyba trzy miesiące. Dźwigając kosze Kinga i Matylda weszły do domu od strony ganku, wejściem dla służby. Było ono usytuowane nisko tuż przy ziemi. Uchyliwszy drzwi do werandy, wstawiły do niej kosze, weszły i opadły na krzesła, stojące przy podłużnym stole. Weranda była zarówno przedpokojem jak i jadalnią dla służby. Było w niej chłodno, ale jasno, bo posiadała wiele okien. Na całej długości jednej ściany znajdował się wieszak na odzież wierzchnią i na fartuchy. Z werandy wchodziło się do kuchni. Pod oknem stał długi i szeroki stół, na którym dwie gosposie państwa Johns przygotowywały posiłki. Po drugiej stronie zaś był piec kaflowy nakryty wielką blachą, na której ustawiano garnki. W rogu pomieszczenia niedaleko od pieca był zlew. Nad nim mały miedziany kranik pozieleniały od wody i wieku. Z kuchni po schodach wychodziło się do holu, a stamtąd do jadalni lub salonu. Kinga przeszła przez kuchnię do holu, a potem weszła po schodach do górnego holu, gdzie znajdowało się coś w rodzaju oranżerii. Przechodząc go schyliła się by zebrać opadłe kwiaty bugenwilli, mamrocząc pod nosem coś o niedbałości służby. Z impetem, jak zawsze z resztą, otworzyła drzwi do swojego pokoju. Było w nim jasno, ale przede wszystkim czysto. Cała przestrzeń pokoju była ciepło-żółto-pomarańczowa. Łóżko z baldachimem nakryte było paczłorkiem, którego przewodnimi kolorami były: pomarańcz, krem, zieleń i żółty. Baldachim był z kremowo-herbacianej falbanki podtrzymanej ciemno zieloną wstążką tak, iż pięknie komponował się z paczłorkiem. Obok łóżka stała szafka, w ciepłym brązowym kolorze. Na niej leżała serweta, którą Kinga sama zrobiła. Była mistrzynią robótek ręcznych i haftów. Na szafce nie stało żadne puzderko, nie leżała żadna książka, za tymi drzwiami wszystko, każda rzecz miała swoje miejsce. W odległości kilku kroków od łóżka stała toaletka, z tego samego drzewa co szafka. Toaletka była niezbyt szeroka z wysokim lustrem środkowym i dwoma bocznymi ukośnie ściętymi u góry. Pod lustrem z lewej strony stały pudernice, na środku wszystkie kosmetyki mające podkreślać urodę, a z prawej perfumy, przeważnie o kwiatowo-owocowym zapachu, lekko kwaśnym i świeżym. Były takie jak kobieta, która ich używała. Na ścianie sąsiadującej z tą, w której były drzwi stała olbrzymia szafa, składająca się z trzech części. Środkowa część miała duże lustro. Po drugiej stronie łóżka stał stolik i dwa fotele obite jasnym atłasem z wzorem o miodowym kolorze. Nad nimi rozkładała swoje wachlarzowate liście palma. Kinga siadała w jednym z foteli i wtedy wyjmowała spod stolika blaszane pudełko, w którym trzymała nici, igły i szydełko. Tam też chowała niedokończone arcydzieła wychodzące spod jej ręki. Kiedy wieczorami zasiadała do tego zajęcia na stoliku pojawiała się filiżanka herbaty z sokiem, a za jednym z foteli zapalała się piękna lampa z abażurem malowanym w rajskie ptaki. Teraz Kinga opadła na fotel, zamknęła oczy i bezwładnie oparła ręce o uda. "Ta Matylda to ma zdrowie, skąd jej się biorą te siły, Jestem wykończona. Ciekawe kiedy zobaczę mistyka Cypriana. Ciekawe imię. Mam nadzieję, że Julia nie będzie zwlekała z przedstawieniem go. Może my zaprosilibyśmy Bardsonów. Nie to chyba nie jest dobry pomysł. Lepiej poczekać." Nie musiała długo czekać. Dwa dni potem zostali zaproszeni na podwieczorek. III - Adam, kochanie, zabierz na chwilę dzieci, nie dają mi spokoju, nie mogę się przebrać - krzyknęła do swojego męża Julia, za którą trójka brzdąców, chodziła śpiewając jakąś rytmiczną piosenkę. Byli to: Ernest najstarszy syn Adama i Julii, 6 latek, Filip dwa lata od niego młodszy i 2 letnia Wiktoria, chrześniaczka Augusta. Adam poderwał się z fotela, odkładając na bok gazetę: - Dzieciaki do mnie, dajcie mamie trochę spokoju - i małe dziecięce stópki wbiegły do salonu. Wiktoria wdrapała się na kolana Adamowi i swoją dziecięcą rączką dotknęła jego brody. Ernest i Filip zaczęli oblegać fotel: - Kto przyjdzie, że mama się stroi - spytał Ernest - Wuj August z kuzynkami - odpowiedział Adam. - A pójdzie z nami do parku pobawić się? - Nie tym razem, kiedy indziej - małe buzie posmutniały - ale za to Lucyna upiekła pyszne ciasto i dostaniecie po sporym kawałku - na małych buziach pojawił się uśmiech. Dzieci zaczęły podskakiwać i krzyczeć. - Będzie ciasto, pyszne ciasto! - Cicho - uspokoił je Adam - idźcie się bawić do swojego pokoju. Ilekroć do domu Bardsonów odbywała się jakaś wizyta Julia zawsze przejmowała się nią. Chciała by każdy z gości czuł się u nich w domu jak najlepiej. Adam powrócił do czytania gazety, a Julia przebrała się w końcu. Wyglądała ślicznie. Jej rude włosy spływały na ramiona, a na szyi miała zawieszony na łańcuszku zielony kamień. Julia nazywała go "ziarnkiem nadziei". Adam zwrócił na nią uwagę, spojrzał i uśmiechnął się, zalotnie kręcąc głową. Za moment zadzwonił dzwonek. Mała Wiktoria nieomieszkała wybiec na spotkanie z chrzestnym, a i jej bracia chcieli się przywitać z Augustem. Dzieci robiły to zawsze bardzo wylewnie. Stella zawsze w takich chwilach uśmiechała się promiennie, Julia ganiła dzieci, a Kinga myślała "Boże jak to możliwe, że go tak lubią, przecież to taki sztywniak, co on może im dać." Nie wiedziała przecież, ze pisał dla nich rymowane wierszyki, że przynajmniej raz w tygodniu wracając z Adamem do domu posyłał im czekoladki, że dawał im znacznie więcej swobody niż rodzice, co niezbyt pochwalał Adam i Julia. Nic dziwnego więc, że go lubiły. "Dorosłym ciężej jest uwierzyć, że ktoś się zmienił. Najczęściej nosimy bagaż doświadczeń i nie umiemy się wyzbyć swoich ocen. Ponieważ sami się nie zmieniamy." Przebiegło Kindze przez głowę. Gdy tak myślała, wszedł Cyprian. Ukłonił się wszystkim. Julia przedstawiła go Stelli, potem podeszli do Kingi. Kinga wyciągnęła dłoń, a on jak to bywa w zwyczaju, pochylił się by ją ucałować. Kinga bardzo tego nie lubiła, zmieszana wyszarpnęła rękę. Cyprian poczuł się nieswojo. Julia jednak uratowała sytuację przedstawiając Cypriana Augustowi. Kinga doceniła teraz jedną ze swoich cech, a mianowicie to, że się nie rumieniła, w przeciwnym bowiem razie spłonęła by jak róża. Usiedli. Zapach znajomej wszystkim herbaty earl grey wypełnił pokój. Wniesiono placek ze śliwkami. Dzieci biegały co chwila pytając o coś to Adama, to Julię. Główną jednak postacią był Cyprian To jego wypytywano skąd przyjechał, czym się zajmuje. Dziwiło wciąż jeszcze Kingę, zainteresowanie Augusta. Te dwa lata zmieniły go. Przestał być tak obojętny, zainteresował się wieloma nowymi rzeczami, oprócz książek, ale przede wszystkim otworzył się na ludzi. Ze Stellą zachowywali się tak jakby byli najlepszymi przyjaciółmi od wielu lat. Nie mogła zrozumieć czemu Stella wybaczyła mu te wszystkie przytyki i uszczypliwości. Nadal przecież był tak samo konserwatywny i nie było go stać na szaleństwo. Wciąż jeszcze zwracał im uwagę, że nie wypada, itp. W swej złości nie brała nigdy pod uwagę możliwości, że zwyczajnie August może mieć rację, i że niektóre rzeczy one muszą zmienić. Z rozmowy dowiedziała się, że Cyprian ma fabrykę włókienniczą, w której zatrudnia sporo osób. Że mieszka w olbrzymim domu, w którym czuje się samotnie, mimo obecności ojca. 70-letniego staruszka, który miewa swoje fochy. Z powodu tej samotności kupił sobie psa, olbrzymiego doga Maxa, który umila mu te dokuczliwe chwile. Mówił też o tym jak dobrze czuje się u Julii i Adama, że dzieci są rozkoszne, i że zamieszkałby tu na zawsze gdyby mógł. - Umarłby pan z nudów - wtrąciła Kinga i od razu pożałowała tego zdania. Stella posmutniała, August też był zaszokowany. Cyprian jednak nie zauważył tej konsternacji. - To znaczy, co pani ma na myśli? - Kinga czuła się paskudnie "jeszcze ciągnie ten temat, moją gafę, no to pięknie" - No, nie tak dosłownie - słowa z trudem przechodziły jej przez gardło - nudno. Chciałam tylko powiedzieć, że z czasem wszystko powszednieje. - Zgadzam się, ale nie w momencie kiedy posuwamy się do przodu w poznaniu danej rzeczy - i uśmiechnął się "no tak jeszcze niech teraz mnie ośmieszy - pomyślała szybko - zaraz powie, że się nie rozwijam" - myślę, że można tu żyć szczęśliwie, szczególnie ze względu na tak miłe towarzystwo i tak wielu wspaniałych ludzi. Przecież żeby kogoś poznać trzeba z nim zjeść beczkę soli - jeszcze raz uśmiechnął się - kuzynko, może wyjdziemy do ogrodu? Julia przyjęła propozycję entuzjastycznie. Kinga jednak już do końca spotkania czuła się fatalnie. Po powrocie do domu Tell nie chciała rozmawiać. Kinga tak naprawdę też nie. W swoim pokoju, usiadła w fotelu i wyjęła spod stołu pudełko z nićmi, ale tego wieczoru nie mogła już niczego zrobić. Myśli kłębiły się w jej głowie. Z wielkim trudem zasnęła. Następnego dnia ciekawa wszystkiego Matylda chciała zapytać swoją panią o podwieczorek, Kinga jednak tylko ją ofuknęła, że wtyka nos w nie swoje sprawy. "Jakże mogłam być tak nierozważna, najpierw powiedzieć, a potem pomyśleć. Tell zrobiło się przykro, Julia pewnie też poczuła się niemiło, bo przecież sporo czasu ze sobą spędzamy. A wyszło na to, że są nieinteresujący. Aż dziw, że August nie zrobił mi uwagi. Może zapomną. Lecz czy ja zapomnę raczej nie. Przynajmniej Tell muszę przeprosić" Wyszła do ogrodu. Stella siedziała w cieniu z zamkniętymi oczyma. Kinga podeszła: - Tell - szepnęła. Stella otworzyła oczy - przepraszam za wczoraj. IV Cyprian Lorst był zachwycony wizytą. August wydał mu się tak inteligentny i oczytany, Stella tak spokojna i łagodna, a Kinga, no właśnie, co o niej pomyślał: - Julio, czy nie uważasz, że bardzo energiczna jest ta Kinga - spytał by jakoś zacząć. - Tak , ale zawsze jest taka. - Czy naprawdę tak się tu nudzi? - Nie wiem - westchnęła Julia - zaskoczyła mnie tym stwierdzeniem. Zawsze ma pełne ręce roboty, najświeższe informacje i uśmiech na twarzy. Chyba wczoraj miała zły dzień. Nie było miło usłyszeć, że nudzi się przy nas. Szczególnie Stelli, aż August to zauważył. - Wydała mi się zabawna - Cyprian uśmiechnął się. - O nie mój drogi, nie widziałeś jej zabawnej. Potrafi doskonale opowiadać anegdoty, urodzona aktorka. Ale jej najważniejszą cechą jest zachowanie zimnej krwi w sytuacjach krytycznych. - Wczoraj chyba jednak była zmieszana - stwierdził Cyprian, Julia też o tym wiedziała, ale miała przecież w zanadrzu kilka dowodów na tą cechę charakteru Kingi. - Zgadza się wczoraj rozchodziło się o nią i może to ona potrzebowała by ktoś ostudził i uratował sytuację, lecz zapewniam cię, że potrafi być opanowana i nie tracić głowy. Dwa lata temu uratowała Augusta gdy wpadł do wody ślizgając się po lodzie. - No! No! - Wszyscy stali jak wryci, a ona jedna położyła się na lodzie i ze swoim kuzynem Edwardem pomogli mu się wydostać. - Julia podała jeszcze kilka przykładów i Cyprian przyznał jej w końcu rację. Minęło kilka dni. Kinga z Matyldą znów były na targu. Matylda już zapomniała jak została zbesztana i mieliła językiem jak dawniej. Kinga też była w dobrym humorze, Tell jej wybaczyła, August nie zrobił reprymendy, więc wszystko wróciło do normy. - Lucyna mi mówiła, że podsłuchała, jak pan Cyprian wypytywał o panią - zachichotała Matylda. - Jak to podsłuchała " Ile razy jeszcze zaskoczą mnie te służące, to podgląda, to podsłucha" - co podsłuchała? - No ogólnie, zwrócił na panią uwagę - "trudno żeby nie - pomyślała Kinga - sama bym chyba na siebie zwróciła uwagę" - chyba rozbawiło go to co pani powiedziała - "nie chcę tego słuchać" - Dziękuję Matyldo, wracajmy już. - Pani Kingo, niech pani spojrzy, pan Cyprian. W odległości ok. 6 metrów przy straganie z owocami stał wysoki szczupły mężczyzna w jasnym kapeluszu i białej koszuli, z podwiniętymi rękawami. Trzymał w dłoni duże czerwone jabłko. Spotkała go wśród tłumu ludzi. Nie miała na to ochoty. Wstydziła się. Chciała zniknąć lecz nie wypadało. Matylda nie omieszkałaby opowiedzieć o tym zajściu. Musiała podejść i zachowywać się jak dama. Serce podskoczyło jej do gardła, tak iż w całej głowie słyszała tylko jego przyspieszone bicie. Krok po kroku zbliżała się do nieuniknionej konwersacji, której panicznie się bała. Jej dłonie były zimne jak lód i coraz bardziej drżały. - Dzień dobry - powiedziała. Chciała zrobić to jak najbardziej naturalnie. Matylda patrzyła przecież na nią. - O, dzień dobry, co za miłe spotkanie - promienny uśmiech na jego twarzy nie zmniejszył wcale jej skrępowania - Często przychodzi pani na targ? - W zależności od potrzeb, choć muszę przyznać, że lubię to miejsce, tętni życiem - ciężko przełknęła ślinę i zmusiła się do uśmiechu - tylko przy nim czuła się tak niepewnie i niezgrabnie. - Ja też lubię targ. O na pewno ma pani ciężko, proszę dać ten kosz. - Nie, nie trzeba ... - lecz nim zdążyła skończyć, prawie wyrwał go jej z ręki. Kosz nie był ciężki, ale Kinga chciała już wracać. Rozmowa z Cyprianem okazała się bardzo ciekawa, a pod koniec Kinga rozluźniła się nieco i zaczęła nawet żartować. Stali pod drzwiami jej domu. Ich oczy spotkał się na krótką chwilę. Kinga zmieszała się i spuściła głowę. - No to do zobaczenia - głos jej zadrżał - było mi miło - odpowiedziała najbardziej opanowanie jak mogła w danym momencie. - Mnie również, do zobaczenia - zdjął kapelusz i ukłonił się jak jeden z muszkieterów. Weszła do domu i od razu udała się do swojego pokoju. Z impetem otworzyła drzwi pokoju i opadła na fotel. Była zdenerwowana. "czemu kosztuje mnie to tyle nerwów. Kto to widział, ręce mi się trzęsą, głos drży, serce wali jak szalone. Dobrze, że się nie rumienię". Była zaskoczona swoim zachowaniem. Przecież zawsze była pewna siebie. Chciała być idealna. Chciała by wszystko było tak jak zaplanowała, czyli na właściwym według niej miejscu. Była bardzo krytyczna zarówno względem innych jak i siebie. Zawsze ostatnia zapominała o swoich gafach i błędach. Gdy nie umiała sobie z czymś dać rady chodziła się zwierzyć Stelli. Tell zawsze potrafiła wprowadzić trochę spokoju w jej szaleńczy bieg myśli. Czasem coś mówiła, czasem tylko przytulała, ale zawsze skutkowało. Z lekkimi oporami poszła do niej. Tell siedziała sobie pod wiśnią, przyglądała się jej okrągłym lśniącym kuleczkom, które ludzie nazwali wisienkami. Cieszyła się ich kolorem, były arcydziełem sztuki. Słońce dotykało wątłych gałązek i tysiącem złocistych blasków lśniło na trawie. Była krótko przystrzyżona i wciąż jeszcze miała soczysty zielony kolor. Tell zobaczyła energicznie zbliżającą się siostrę, było widać, że Kinga chce jej coś powiedzieć. - Tell, nie wiem co się ze mną dzieje - zaczęła od razu - muszę z kimś porozmawiać, a ty jesteś moim najlepszym przyjacielem - Tell uśmiechnęła się. - Poważna sprawa. - Bardzo. - Zamieniam się w słuch - usiadły na ławce i Kinga zaczęła. - Już rozmawiałam z tobą o tym co zdarzyło się u Bardsonow... - Tak sprawa jest zamknięta, nie pamiętam - Kinga chwyciła Tell za rękę. - Dziś na rynku spotkałam kuzyna Julii. Nigdy wcześniej nie speszyłam się tak jak dziś. Była ze mną Matylda i gdyby nie ona, uciekłabym i nie przyznała do tego, że go widziałyśmy. Matylda wiesz, zaraz by o tym rozpowiadała. Musiałam więc podejść - Stella patrzyła na nią ze zrozumieniem i cierpliwością. Co chwila kiwała głową i przytakiwała. Potrafiła empatyczne słuchać - Podeszłam i serce miałam w gardle, ale jeszcze nie było źle. Cyprian odprowadził mnie pod drzwi, czułam się już wtedy normalnie. Minęło mi zdenerwowanie lecz nagle nasze oczy się spotkały. Tak na mnie popatrzył, że od razu się zmieszałam, jeszcze bardziej niż na targu - Tell na te słowa ożywiła się, już snuła podejrzenie, że to coś więcej - na szczęście szybko go pożegnałam. - Czemu nie zaprosiłaś go na herbatę? - Jeszcze go zapraszać!? Pewnie wylałabym na niego lub na siebie cały dzbanek. Byłam zbyt zdenerwowana. Nie wiem nawet czemu. Wprowadza mnie w zakłopotanie. - Jaki on jest, opowiedz coś więcej, o czym rozmawialiście? - Tell niezmiernie to interesowało. - No więc całkiem miły. To, że jest przystojny to zauważyłaś. Jest trochę dziwny, ale to nie żaden mistyk jak mówiła Matylda. Intrygujący. Mężczyzna, który lubi chodzić na targ. Ciekawe. Zbiegło im tak do obiadu. Kinga uspokoiła się. Znów było tak jak dawniej. CDN. DAG |