WIECHUHistoria ta nie jest kolejną banalną opowieścią o kolejnej przeciętnej jednostce, nie jest kolejną mizerną próbą wynoszenia na ołtarze istoty, którą w przypływie nadmiaru eufemizmu nazwać by można nieudacznikiem. Nie jest setnym nędznym chałturzeniem na temat idealistów walczących o schronienie dla sierot, o pokój na Bliskim Wschodzie czy o herosach naszych czasów, codziennie niczym, niezmordowany Don Kichot klikających w baner "pajacyka" by dać obiadek głodnemu Krzysiowi, Zosi i Jankowi. Historia ta jest o człowieku, przez wielkie Cz., o mężczyźnie - pomniku naszych czasów, obrazie o którym miliony kobiet we wszystkich przedziałach wiekowych śnią każdej nocy, marzą podczas czytania gazety, w autobusie, tramwaju i metrze, w pociągu, aucie i samolocie, w każdym mieście i kraju jednako. Nie ma sensu, czasu i celu pisać tutaj czczych słów. Jest to historia o Wiechu. A Wiechu nie jest nikim tylko jest Kimś. Jest przeciwieństwem lansowanych przez telewizję, radio i gazety kobiece zniewieściałych namiastek mężczyzny. Malujących paznokcie, używających kremów do twarzy i odżywek do włosów, czytających snobistyczne magazyny i mówiących cienkim głosikiem nędznych karykatur wojownika i łowcy, ostoi dumy i spokoju, siły i powagi jakim powinien być facet. Wiechu taki nie jest. Wszystko co można powiedzieć naszym bohaterze (co by nie nadużywać słowa "Wiechu") zamyka się w obrębie jego imienia. Jednak nietaktem byłoby pozostawienie tego w ten sposób. Zbrodnią byłoby nie powiedzieć Światu o Wiechu, gdyż tylko On może wrócić rodzaj męski na właściwy tor, tylko On z jemu właściwą lekkością i prostotą może wytyczyć nowe kierunki, kreować trendy i filozofie. Więc.... Swój dzień zaczyna od pobudki... Łot da fak! - zwykł mawiać po ocknięciu. Następnie rozpoczyna poranną toaletę, polegającą na 2 minutowym nieprzerwanym oddawaniu zbędnych płynów i gazów. Po czym ubiera swój służbowy strój, składający się (bez względu na porę dnia i roku): butów rodzaju cichobiegi; spodni - w zależności od sytuacji - kreszowych, jasnych lub bawełnianych w bardziej stonowanych kolorach, lecz obie te opcje koniecznie ze snobistycznymi emblematami świadczącymi o poziomie i klasie właściciela ; podkoszulka zwanego przez niektóre subkultury tiszertami (emblematy także konieczne) oraz kurtki: skórzanej lub kreszowej (emblematy). Wiechu żegna Mariolkę (która jest jego kobietą, lecz ze względu na powagę historii oraz chęć skupienia uwagi na głównym bohaterze, nie będę teraz o niej pisał) i wychodzi do pracy. Tu należałoby wspomnieć o tym iż nie jest on wyzutym z honoru i godności yuppie czy chciwym maklerem, harującym dla imperialistycznej machiny. Ma swoje zasady, których nie zamierza za niską cenę łamać. Co to - to nie! Żadnych kompromisów - rzekł ongiś - Od dziś wymazuje słowo "kompromis" ze swojego słownika! - i faktycznie nie zna już znaczenia tego słowa. Podobnie zrobił z wieloma innymi zbędnymi używanymi przez pospólstwo wyrazami (np. ostrożnie czy też spokój). Wiechu pracuje w magazynie supermarkietu, gdzie realizuję jedną ze swoich pasji, układając towar wózkiem widłowym, zwanym przez niego pieszczotliwie - "Widłuś". Kiedyś nawet gdy poniosła go fantazja przebił lewe płuco jednym z "chwytaków" Waldkowi, koledze z działu "chemi i artykułów gospodarstwa domowego". Co nie uszło uwadze dyrekcji i stracił on przez ten incydent prawie pół premii. Oczywiście Wiechu twardy jest i pomścił stratę obijając mordę Waldkowi, zaraz jak tylko ten wyszedł ze szpitala. Widzicie więc że ma on charakter i zasady swe. Każdy kto go zna, wie że zadrzeć z Wiechem to wpaść w oko cyklonu. I raczej nikt z nim nie zadziera. "Nie samym chlebem człowiek żyje" - tak zwykł mawiać. Dlatego dba także o rozwój duchowo-intelektualny. Najczęściej udaje się w tym celu na tzw. "kostkę" czyli duży parking przed galerią handlową, gdzie wraz ze swymi towarzyszami oddaje się przyjemnościom palenia lacza, klejenia towarów i klepania leszczy. Piątkowe i sobotnie wieczory zaś są inne od wieczorów pozostałych dni tygodnia. Wtedy Wiechu staje jeszcze wyżej na szczeblu hierarchii społecznej - jest bramkarzem w dyskotece "ONE"1. Na jego barkach spoczywa wówczas wielka odpowiedzialność gdyż od Niego (stosowne jest w tym momencie użycie wielkiej litery N) zależy los wielu. Często korzysta ze swej pozycji w zdobywaniu towarów, czego koledzy bardzo mu zazdroszczą i za co go cenią i szanują. Otóż historia która dziś czytelnikowi przedstawiona zostanie, pozwoli przekonać się jak wybitną i nieprzeciętną jednostką jest Wiechu, ma swe miejsce właśnie w dyskotece "ONE". Wiechu korzystał z zagwarantowanej kodeksem pracy przerwy, sącząc browar przy barze i bajerując Jolkę - barmankę. Ich piątkowo - sobotni flirt trwa już od jakiegoś czasu i czasem wkurza Go, że nie zakończył się jeszcze żadnym konkretem. Ale jak na dżentlemana przystało, cierpliwie czeka i co łikiend klei Jolce komplementy i prawi pochwały na cześć jaj osoby, mające przybliżyć go do długo wyczekiwanego zaliczenia. Nagle wrota lokalu otwarły się nieznanym im dotąd impetem. Cug powietrza wywołany tym zdarzeniem zdarł makijaż większości (odwróconej przodem do drzwi) bywalczyń zaś bywalcom (bez względu na położenie względem wyjścia) doszczętnie spustoszył zasoby żelu na włosach (a nie jeden stracił paski zarówno na spodniach jak i na rękawach bluz). Przestraszony tłum, który instynktownie przyjął pozycje horyzontalne był świadkiem zdarzeń niezwykłych. Historia tej nocy prawdopodobnie będzie przekazywana przez gości lokalu za pokolenia na pokolenie, aby pamięć o niej nigdy nie umarła. Wiechu nie ugiął się fali uderzeniowej i nadal dzierżył w dłoni kufel (już teraz pusty, gdyż podmuch wywyołał mikro - trąbę powietrzną która wessała cały płyn ze wszystkich otwartych naczyń i rzuciła go w okolice pulpitu didżeja, co spowodowało dodatkowo przerwę w dostawie basów), po Jolce jednak nie było śladu. Krzyknął tylko: - Łot da hel! - dając przy tym wyraz zdziwienia, ale również swych zdolności lingwistycznych Gdy zamieszanie spowodowane tak efektownym uchyleniem bram dyskoteki lekko przycichło. W progu jawić się zaczęła z początku niewyraźnie lecz z czasem coraz ostrzej męska sylwetka. Gdy była na tyle wyraźna by ukazać kształty po sali przeszło westchnienie, będące wynikiem strachu i zdumienia. Tak to był Sopel z pobliskiego Janowa. Po mieście już od dawna chodziła plotka, że jak tylko szwagier załatwi mu tanio gaźnik do malucha, przyjedzie po zemstę2 . I oto stał. Jego oświetlona od tyłu neonami z ulicy postać rzucała mroczny cień niepewności na całe wnętrze lokalu, a złowroga cisza która zapadła niedługo po wejściu, dodatkowo potęgowała paniczną atmosferę. To co działo się potem trwało ułamki sekundy i szczegółowa relacja mogłaby być przedstawiona jedynie po analizie zdarzeń "klatka - po klatce", jednak właściciel lokalu jedyną kamerę jaką dysponował, skierował na zewnątrz (zresztą i tak była to tylko atrapa, mająca przestraszyć gości próbujących wejść na tzw. krzywy ryj). Dlatego też, w przekazie mogą wystąpić błędy i nieścisłości. Sopel wykonał około dwunastometrowy skok (taki dystans dzielił wejście od baru) w kierunku Wiecha, pozostawiając po sobie złudzenie smugi, spowodowane załamaniem światła które wpadając w rozrzedzone tak szybkim ruchem powietrze zmieniało kąt "wejścia do" i "wyjścia z" ośrodka o innej gęstości. Wykonał przy tym gest nazywany "na supermena" aby nie tracić czasu na wyprowadzenie ciosu. Wiechu kątem oka (na odwrócenie głowy nie byłoby czasu) dojrzał co się święci i zdołał wykonać minimalny unik, co sprawiło, że cios ześlizgnął mu się po policzku i trafił w filar podtrzymujący zwieńczenie baru niszcząc go kompletnie i powodując zawalenie się dwóch trzecich tej, jakże potrzebnej każdemu mężczyźnie konstrukcji. To pozwoliło mu zachować trzeźwość umysłu i dalej prawidłowo oceniać sytuację. Jednak furia przeciwnika była niezmierna i Wiechu nie był w stanie już uniknąć kolejnych ciosów trafiających w podbródek i potylice. Osunął się na podłogę i przyjmował grad razów rozwścieczonego przeciwnika. - Szit! - pomyślał - Nie jest dobrze! - i faktycznie dobrze nie było. - Trza cóś kurde wymyślić! - kontynuował rozważania. Być może ta podbramkowa dla Wiecha sytuacja trwała by jeszcze wieki, gdyby nie to co zdarzyć się miało za chwile. A zdarzyć się miało wiele. Jeśli któryś z czytelników czuje, że dalsza lektura może go kosztować zbyt wiele stresu, bądź jego serce nie wytrzyma takiej dawki emocji - niech przejdzie do następnego akapitu, omijając w ten sposób sceny drastyczne i brutalne. W pewnym momencie sklepienie sufitu otworzyło się, niczym pudełko od samochodzików matchbox a oczom i tak już przerażonej widowni tego niecodziennego zdarzenia, ukazały się trzy lewitujące postaci. Po chwili wykonały ruch w kierunku splecionych w uścisk gigantów, którzy zaskoczeni tym zajściem zaprzestali walkę i zastygli w uścisku, wyglądając, nie jak wrogowie lecz jak para kochanków. Niecodzienni goście zatrzymali się około pól metra nad Soplem. Wyglądający na wodza grupy, będący jednocześnie najniższym z przybyszów wyciągnął dłoń ku niemu i rzekł: Na mocy paktu międzygalaktycznego, Ja Ugh-Ka Nim-Akhan czynie cię Andrzeju ze Stowięcina inteligentnym. Idź w świat, czyń dobro a dróg nie blokuj a zboża nie wysypuj. Niech ludzkość pozna cię od dnia tego, jako stanu męża oraz zacną postać. Niecodzienni goście oddalili się równie błyskawicznie a sufit wrócił do stanu mu właściwego. Sopel i Wiechu tkwili nieruchomo z ustami otwartymi jak u wigilijnych karpi. Wreszcie Wiechu wydusił: - Sopel, kurde przecie ty nie żaden Andrzej ty Mirek! Co oni kurde! Sopel nie mógł nie zgodzić się z tą błyskotliwą argumentacją, zaiste od dziecka zwano go Mirkiem. - Coż istnieje prawdopodobieństwo iż zaistniała jakaś pomyłka, późno już muszę lecieć. I wyszedł pozostawiając oniemiały tłum. Sopel już nigdy nie zadzierał z Wiechem, choć nieraz się spotykali i ten nie omieszkał wymierzyć mu kilku szybkich dla przypomnienia kto jest szefem. Zmienił się diametralnie, poszedł na studia, znalazł porządną pracę. Choć stracił cały szacunek i poważanie wśród dotychczasowych przyjaciół, podobno jest szczęśliwy. A Wiechu? Cóż on nigdy się nie zmienia. Ma swe zasady, których tanio nie sprzeda. CDN. 1 - ang. Jeden, w tym przypadku chodzi prawdopodobnie o podkreślenie rangi lokalu. 2 - poprzednie przygody (saga Wiechu vs Sopel - nie publikowane w Polsce, przyp. Red.) |